Inteligencja emocjonalna to nie jest pusty termin z zakresu psychologii. Przede wszystkim jest to świadomość emocji własnych oraz tego, że otaczają nas inne istoty czujące. Wszystko to, co robimy wpływa w określony sposób na nasze otoczenie. Reagując automatycznie, gwałtownie, bez zastanowienia czasami o tym zapominamy, nieświadomie krzywdząc innych ludzi.

Przeczytaj poniższe opowiadanie, które dobrze to obrazuje…

Lewy kierunkowskaz wydawał miarowe dźwięki, które mogłyby uchodzić za kojące, gdyby nie gigantyczny korek, składający z setek aut i co najmniej kilku ciężarówek oraz autobusów miejskich.

– No wpuść mnie… – patrzył w lusterko, gdzie światła Toyoty odbijały się w kroplach deszczu. Zauważył, jak kierowca pokazuje jednoznaczny gest ręką. Skręcił w lewo i powoli wsunął się przed Toyotę. Włączył awaryjne światła w podziękowaniu.

Miley Cyrus w Esce umilkła i zastąpił ją dźwięk przychodzącego połączenia. Oderwał wzrok od zakorkowanej ulicy i nacisnął palcem dotykowy ekran. Nie próbował jednak nawet się odezwać jako pierwszy, bo przeszłość nauczyła go, że i tak zwykle to on słuchał, a ona mówiła.

– Wracasz już? – damski głos wybrzmiał w samochodzie. Choć być zniekształcony przez głośniki, miał w sobie coś rozkazującego. A może tylko mi się wydaje i się nakręcam, przyszło mu do głowy.

– Tak. Stoję na pieprzonego Hallera.

– A mówiłam Ci, żebyś zaczął jeździć Grabiszyńską. Tam o tej porze się trochę luzuje i na pewno…

– Kochanie, o co chodzi? Coś mam kupić?

Kilka sekund ciszy wystarczyło, aby poczuł, że jest niezadowolona, że nie mogła dokończyć wcześniejszego zdania.

– Pampersy, bo się skończyły, mleko, ale z Bebilonu i jakieś ciasto, najlepiej z Herta, bo jutro ma przyjść Kaśka z Michałem.

Jak na zawołanie, w głośnikach rozległ się dziecięcy krzyk. Nie – jeden, ale trzy. Wyraźnie rozpoznawał głosy najmłodszych bliźniaków, którzy odkrywali potęgę nowych umiejętności – mówienia i chodzenia. Starsza o rok Klara chciała się natomiast usilnie przywitać.

– Tatusiu! Tatusiu! Kocham Cię! Wracasz? Kiedy będziesz?

Uśmiechnął się do siebie, choć w jego oczach pozostał smutek. I właśnie dla Was to robię. Jeżdżę do tej pieprzonej pracy na drugi koniec miasta, stoję godzinę w korkach, haruję po dwanaście godzin, biorę nocki, bo chce – kurwa bardzo mocno chcę – żebyście miały przyszłość i nie musiały od liceum mieszkać u znajomych i pracować, zawalając szkołę, jak Wasz tatuś.

– Jezu, Klara, bądź cicho i idź się już bawić. – kobiecy głos był poirytowany.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Prawdopodobnie powinien coś powiedzieć – czuł to, stanąć w obronie córki, zwrócić uwagę żonie i interweniować, ale…

– To i tak by nic nie dało…

– Co?

Uświadomił sobie, że powiedział to na głos. Poczuł przyspieszone bicie serca i ucisk w klatce piersiowej.

– Nic, mówię tylko, że to by nic nie dało, jechać dzisiaj Grabiszyńską, bo cały Wrocław stoi w korku. Mówili w radiu, że jakieś protesty ekologów są.

– To sobie wybrali ładną pogodę. – odparła kobieta.

– Lepsze to, niż oblewanie zupą Mony Lisy

Zauważył, że z lewej strony na jego pas próbuje się wcisnąć stara Skoda Fabia. Jej prawy kierunkowskaz poruszał się w zdecydowanie zbyt szybkim tempie, jednoznacznie wskazując na jakiś problem z poborem prądu. Mając w pamięci życzliwość kierowcy Toyoty, wpuścił przed siebie Skodę. Nie doczekał się jednak podziękowania światłami awaryjnymi, co wywołało w nim irracjonalne poczucie niesprawiedliwości. Zupełnie, jakby znów miał osiem lat i musiał patrzeć, jak jego koledzy i koleżanki przychodzą z dumnymi rodzicami na szkolne przedstawienie, a krzesła zarezerwowane dla jego rodziców, świecą pustką.

– Jak w pracy? – zapytała, ale poczuł, że od niechcenia. Gdybym jej nie odpowiedział, nawet by nie zauważyła, pomyślał. – Kamil, zostaw tego pilota! – krzyknęła do jednego z chłopców. – Klara, mogłabyś zająć się braćmi, chociaż na chwilę, a nie ciągle te bajki i bajki!

Jezu, ona ma niecałe trzy lata. Daj jej spokój, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno.

– Ch….o. – odparł. – Marek wezwał mnie dzisiaj na pogadankę o wynikach mojego działu, jakbym miał na nie jakiś wpływ. Powiedział, że Koreańczyki chcą zwiększyć produkcję o dwadzieścia procent, wykorzystując do tego sztuczną inteligencję, jakby była jakąś magiczną różdżką, którą wystarczy machnąć i wszystko się ułoży.

– Kim jest Marek?

Dlaczego Ty mnie nigdy nie słuchasz, pomyślał i przejechał dłonią po twarzy. Sygnalizator zmienił światło na zielone. W innych okolicznościach mógłby uznać je za kojące, ale nie kiedy od ponad godziny próbował wrócić z pracy do domu.

– Mój szef od pięciu lat. – podkreślił ostatnie słowa. – Był u nas kiedyś na obiedzie, jak jeszcze mieszkaliśmy na Trójkącie.

– Aaaaa… – skomentowała, ale nie wierzył, że pamięta.

Deszcz nasilił się i z mżawki przeszedł w ulewę. Nie pamiętał tak paskudnej pogody w maju. Lało praktycznie cały miesiąc.

– Kochanie, porozmawiamy w domu. Teraz muszę się skupić na drodze. – była to tylko po części prawda. To, czego nie powiedział, dotyczyło czegoś głębszego: rozmowy z żoną, najbliższą osobą na świecie, jaką miał, nie tylko nie poprawiały mu nastroju, ale często jeszcze go pogarszały.

– Okej, tylko nie zapomnij wjechać do Lidla i zrobić zakupów. – rozłączyła się.

Nie zdążył się pożegnać. Do wnętrza samochodu wróciły dźwięki muzyki. Miley Cyrus została zastąpiona przez Sanah.

– No jedź, jedź, jedź… – popędzał Skodę Fabię, którą przed chwilą wpuścił. Wiedział, że w tym miejscu zielone trwa bardzo krótko, a czerwone niewspółmiernie długo. Z rury wydechowej Skody Fabii wydobyła się chmura białego dymu, a autem szarpnęło do przodu. – No dalej, dalej… – zbliżał się do sygnalizatora, na którym skupił większość swojej uwagi. Skoda jechała coraz szybciej. On siedział jej praktycznie na zderzaku. Myślał tylko o powrocie do domu i dzieciach. Spędzał w pracy tak wiele godzin, że najczęściej, gdy wracał, one już spały. – Nie mam zamiaru tutaj dłużej stać, no jedź do cholery! – krzyknął i w tym samym momencie zauważył, jak zielony kolor, odbijający się w grubych kroplach deszczu, zmienia się na żółty.

Być może, gdyby nie był zmęczony i nie miał rozbieganych myśli, zdążyłby zareagować na gwałtowne hamowanie Skody. W tym jednak przypadku jego reakcja była spóźniona o ułamek sekundy. To wystarczyło, aby uderzył stojące przed nim auto. Słowo „uderzył” było jednak pewnym nadużyciem, biorąc pod uwagę ślimaczą prędkość. Lepiej pasowało wyrażenie: puknął lub dotknął.

Pocałował, znikąd przyszło mu do głowy to określenie.

– K…a …

Przez moment miał nadzieję, że kierowca Skody niczego nie poczuł. Wszystko zmieniło się jednak w chwili, gdy pomimo ulewy przez okno samochodu wysunęła się głowa wrzeszczącego mężczyzny. Stukał się palcem w głowę, a potem jednoznacznym gestem wskazał na zatoczkę dla autobusów tuż za światłami.

Westchnął.

Po trwającej wieczność minucie, pojechał za Skodą Fabią na autobusową zatoczkę, przy której tłoczył się tłum ludzi, oczekujący na przyjazd sto trzydziestki szóstki. Z granatowej Skody Fabii wyskoczył mężczyzna, który mógł być po pięćdziesiątce. Choć określenie „wyskoczył” było w tym przypadku komplementem, bo mężczyzna bardziej wytoczył się z auta, zważywszy na widoczną otyłość, na którą wskazywał pękaty brzuch, opinający szaro-zieloną koszulkę. Czapka z daszkiem przekrzywiła mu się na bok, nadając mu groteskowy wyraz polskiej kopii amerykańskiego rapera z początku lat dwutysięcznych. Brakowało tylko złotych łańcuchów, błyszczących zębów i kobiet u boku. Najgorsze jednak, że było w nim coś, co przypomniało mu ojca, leżącego od trzech lat na Cmentarzu Osobowickim.

Wysiadł ze swojego samochodu, zakładając szybko kurtkę i zarzucając kaptur na głowę.

– Panie, k…a! Prawo jazdy w chipsach znalazłeś, czy co?

– Przepraszam, jestem pewien, że…

– K…a mać, jeździsz Pan takim samochodem, a nie umiesz nawet hamować?!

Poczuł, jak moszna zaczyna ciasno opinać jego jądra, a serce przyspiesza swój rytm. Nienawidził tego uczucia, bo przypominało mu o dzieciństwie, gdzie nauczył się za wszelką cenę unikać konfliktowych sytuacji z przemocowym ojcem, lubiącym wypić do kolacji jedno piwo, czasami dwa, ale zwykle sześć lub siedem.

– Człowiek jedzie spokojnie, zmęczony po pracy, chce być w domu, a tu taki baran wpierdala się w niego na światłach!

Ludzie w samochodach, posuwających się mozolnym tempem, przyglądali się całej scenie z zainteresowaniem. Nie dziwił się im, bo co lepszego mogli robić, stojąc w korku? Ile można słuchać podcastów i muzyki?

– Elektryki sobie kupują, a potem wjeżdżają w ludzi. – mężczyzna kręcił głową, pochylając się nad zderzakiem Skody. Z tej odległości widział, że niczego tam nie ma, a przynajmniej niczego nowego. To jego Tesla miała widoczne wgniecenie od zardzewiałego haka Skody. – No i patrz Pan, co zrobiłeś! – mężczyzna podniósł się z trudem, wspierając dłonie na masywnych udach. – Zarysowałeś mi samochód!

– Tylko, że ja przecież uderzyłam w hak i nawet nie dotknąłem zderzaka… – próbował się tłumaczyć.

– Nie dotknąłeś?! To skąd się to wzięło?! – drobinki śliny wyleciały z ust mężczyzny i zmieszały się z deszczem. – Krasnoludki to zrobiły?! Panie, nie żartuj Pan. – kierowca Skody roześmiał się w sposób bardzo nieprzyjemny. – Wszyscy wiemy, że to Pana wina, bo nie potrafisz Pan hamować. I jeszcze mam do tego świadków – pokazał ręką na stojące w korku auta i ludzi na przystanku, którzy szybko odwrócili głowy. – I nawet kamerę. – wskazał na urządzenie, przymocowane do sygnalizatora.

Westchnął. Wiedział, że kolizja była jego winą, ale facet ewidentnie chciał naciągnąć go na pieniądze. Był zmęczony, przemoknięty, zrezygnowany i jedyne, czego pragnął, to znaleźć się w ciepłym domu, gdzie mógłby przytulić dzieci i napawać się ich beztroskim śmiechem, zanim nie pójdą do łóżek.

– Dobra, zadzwonię na policję i miejmy to już z głowy.

– Czekaj Pan! Czemu od razu na policję? Przecież możemy załatwić to jak mężczyźni.

Do głowy przyszła mu kuriozalna myśl, że facet będzie chciał się bić na gołe pięści. Widowisko lepsze niż poprzednia gala Fame MMA, przemknęło mu przez głowę.

– To znaczy?

– Pokryj Pan koszty tego zarysowania, uściśnijmy sobie dłonie i rozjedziemy się w swoje strony. – głos kierowcy Skody stał się znacznie milszy, a wcześniejsza agresja zamieniła się w sztuczną i fałszywą słodycz. – Tysiąc złotych i będziemy kwita.

– Chyba Pan żartuje! Przecież to ja mam większe uszkodzenia, niż ta Pana… – kupa złomu, prawie powiedział, ale zamiast tego dokończył o wiele grzeczniej – …Skoda!

– To siedemset. – mężczyzna poprawił czapkę i spojrzał na Teslę w wymowny sposób, jakby chciał w ten sposób dać mu do zrozumienia, że skoro jeździ takim samochodem, to stać go na to, aby zapłacić tyle pieniędzy.

To nawet nie jest mój samochód, przynajmniej dopóki nie spłacę leasingu, pomyślał. W tym samym czasie mężczyzna ze Skody podszedł bliżej i wyciągnął dłoń – wierzchem do góry. Nie przestawał się uśmiechać. Ludzie na przystanku obserwowali wszystko z wytężoną uwagą. Brakowało im tylko popcornu i coli.

Był zmęczony, cały przemoczony, a do tego zaczynał się trząść z zimna. Przeklęty maj! Chcę być w domu przy dzieciach, ale nie dam się obrobić. Na głos powiedział więc to, co wydało mu się właściwe, zgodne z prawem i najbardziej logiczne w tej sytuacji.

– Koszty naprawy pokryje mój ubezpieczyciel – zaczął i zobaczył, jak uśmiech szybko znika z twarzy kierowcy Skody – jeśli oczywiście uzna, że doszło do niej w wyniku naszej stłuczki – dokończył i zauważył, że mężczyzna mocno zaciska usta i pięści. Nawet pomimo ulewy i nadciągającego zmierzchu dostrzegł, że twarz mężczyzny poczerwieniała.

– Co mi Pan tu będziesz z ubezpieczeniem wyjeżdżał jakimś! Uderzyłeś Pan? Uderzyłeś! To zapłać i się rozejdziemy! – zaczął wymachiwać rękoma.

W tym momencie uświadomił sobie, że się boi, a tkwiące w nim ośmioletnie dziecko zaczyna płakać i przerażone rozglądać się na boki w poszukiwaniu dojrzałego i stabilnego dorosłego. Nigdzie go jednak nie było. Nie mógł przełknąć śliny, która nie dość, że zgęstniała, to jeszcze nie chciała przejść przez ściśnięte gardło.

– Spiszemy przecież oświadczenie i wszystko będzie… – wymamrotał.

– Co zrobimy?! – kierowca Skody doskoczył do niego gwałtownie. On jednak odsunął się instynktownie, przy czym prawie upadł na pośladki. Pomimo hałasu, usłyszał, jak ktoś na przystanku krzyknął: Jezu, będą się bić! Najwidoczniej te słowa dotarły też do kierowcy Skody, bo sapnął ciężko, a potem rozluźnił pięści, jakby przypomniał sobie, gdzie jest, kto na niego patrzy i co chciał zrobić. – Skończ mi Pan tutaj pieprzyć z jakimiś oświadczeniami. Bądź Pan jak facet, a nie baba i załatwmy to po męsku. Pięćset złotych i nie było tematu.

Nie miał siły na dyskusje – a przynajmniej tak to sobie później tłumaczył, nie dopuszczając do siebie myśli, że tak naprawdę znów uległ schematowi postępowania, wyniesionemu z dzieciństwa, gdzie za wszelką cenę chciał unikać konfliktów. Poza tym naprawdę się bał, a to z kolei uruchomiło w nim lawinę wstydu: przed samym sobą i dziesiątkami oczu, stojącymi na przystanku i siedzącymi w autach. Nie lubił być w centrum uwagi, a czuł, że niebawem znajdzie się w nim jeszcze bardziej, bo do oczu cisnęły mu się łzy, będące kumulacją silnych emocji. Dodatkowo w oddali zobaczył nadjeżdżający autobus o numerze sto trzydzieści sześć.

Poczuł, że się poddaje. Spuścił wzrok i wyciągnął portfel z kieszeni kurtki. Wydobywanie banknotów trwało wieczność, bo trzęsły mu się dłonie. Starał się zachować spokój, ale w chwili, gdy dawał mężczyźnie pięćset złotych, nawet na niego nie spojrzał. Gdyby to zrobił, pękłby. Chciał tylko uciec, schować się, zniknąć…

– No, teraz jesteśmy kwita. Szerokości Panie kolego i uważaj kolejnym razem! – pogroził mu palcem z wyższością, co znów przypomniało mu o przemocowym ojcu, unikaniu konfliktów i lęku.

Wsiadł do samochodu. Usłyszał głośny klakson autobusu. Szybko włączył się do ruchu, korzystając z życzliwości kierowców. W głowie wciąż mu huczał paskudny śmiech mężczyzny ze Skody, który właśnie zarobił za darmo pięćset złotych. Moje ciężko zarobione pieniądze, za które mógłbym kupić Klarze albo chłopcom zabawki, albo wreszcie wymieniłbym zmywarkę.

– Kurwa! – wrzasnął i uderzył dłonią w kierownicę. – Kurwa, kurwa, kurwa! Czemu nie mogę być odważniejszy?! – kierowca ze stojącej obok niego Mazdy, popatrzył na niego z kpiącym uśmieszkiem. – I co się patrzysz debilu. – mruknął, ale bardzo cicho.

A potem się rozpłakał.

Do domu wrócił po kolejnej godzinie, bo kolejki w Lidlu były równie długie, co korek na Hallera. Choć nie miał siły ukrywać swoich emocji, nie zauważyła, że coś go trapi. Dopiero, gdy dzieciaki leżały w łóżkach i śniły o bajkowych krainach, ona weszła do kuchni i zapytała go, czy wszystko w porządku, bo „znowu jest jakiś niemrawy”.

Dokładnie tak powiedziała.

Opowiedział jej wszystko (z wyjątkiem tego, że się bał) pół godziny później, gdy siedzieli na kanapie w salonie, pogrążonym w półmroku. Jedynym światłem był blask telewizora, na którym pojawiały się kolejne sceny serialu 1670. Patrzyła na niego, ale co chwilę zerkała na ekran, zwłaszcza gdy pojawiała się kolejna puenta jednego z bohaterów. Choć prawie płakał z bezradności i zmęczenia, ona uśmiechała się do ekranu.

Kiedy skończył, potrzebowała kilku sekund, aby to zauważyć.

– Za bardzo się przejmujesz. To głupie, że martwisz się jakimś facetem ze Skody. A pięćset złotych to nie majątek przecież. Dobrze zarabiasz, mamy za co żyć – wzruszyła ramionami, znów patrząc na akcję serialu – jedynie weźmiesz raz albo dwa nadgodziny i się wyrówna. – powiedziała to tak oczywistym tonem, jakby przedstawiała mu niezaprzeczalne prawa fizyki lub prawa natury.

Przez moment patrzył na profil jej twarzy. Gdyby w salonie był baczny obserwator, dostrzegłby, jak jego sylwetka jeszcze bardziej kurczy się i zapada w sobie.

– Idę spać. – powiedział, czując się jeszcze bardziej zmęczony i smutny niż kilka minut wcześniej.

– Ja jeszcze pooglądam. Kaśka miała rację, że to zajebisty serial. Aż jej wyślę zdjęcie na Insta, że oglądam.

Jak co wieczór, napełnił szklankę ciepłą wodą, a potem zajrzał do pokoju chłopców i Klary. Robił to, nie tylko dlatego, bo ich kochał, ale również dlatego, że widok dzieci przypominał mu o tym, dlaczego rano podnosi się z łóżka. Były jego jedyną motywacją i powodem, dla którego jeszcze się trzymał.

Zanim wszedł do sypialni, ostatni raz rzucił okiem na siedzącą i śmiejącą się w salonie żonę. Kochał ją, nie miał, co do tego wątpliwości, a mimo to nie zadawał sobie tego jednego, najważniejszego pytania, jakby bał się odpowiedzi, którą odnajdzie w swoim wnętrzu.

Zasnął szybko, ale jak zwykle spał niespokojnie. Tamtej nocy śniło mu się, że mężczyzna ze Skody porwał jego chłopców i Klarę, a on zbyt mocno się bał, aby zareagować. Obudził się spocony z ciężkim oddechem i galopującym sercem. Z salonu wciąż dobiegały dźwięki telewizora. Gdy zasypiał ponownie, w uszach nadal dźwięczał mu paskudny śmiech kierowcy ze Skody i płacz porywanych dzieci…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *